Apple

1 kwietnia 1976

Dokładnie pół wieku temu dwóch Steve’ów: Wozniak i Jobs, wraz z Ronaldem Waynem, założyli w Los Altos w Kalifornii Apple Computer Company. Firma miała swoje wzloty i upadki, a od wielu lat znajduje się w ścisłej czołówce najbardziej wartościowych spółek notowanych na światowych giełdach. Nie będę jednak pisał o jej historii czy oferowanych produktach – te informacje można znaleźć dosłownie wszędzie. Dlatego, dla odmiany, przedstawię swoje doświadczenia związane z nadgryzionym jabłkiem.

Jestem fanem (nie mylić z fanboy’em) Apple. Od ponad 20 lat na co dzień używam ich sprzętów i póki co nie planuję żadnej zmiany. Ostatniego stacjonarnego PC-ta kupiłem w 2003 roku, gdy na czasie był Windows XP. Dwa lata później, po zakupie iBooka, napędzanego jeszcze procesorem PowerPC, wsiąkłem w ekosystem firmy z Cupertino. Kocham prostotę, ładny design i fakt, że to, czego potrzebuję, po prostu działa. Czasy, gdy lubiłem grzebać w rozmaitych ustawieniach, by dostosować produkt do swoich potrzeb, minęły dawno temu. Dziś bardziej cenię sobie wygodę i wolny czas.

Sprzęty Apple przewijały się w moim życiu już od najmłodszych lat. Do dziś kojarzę sklep komputerowy na rogu Zamenhofa i Kościuszki w Łodzi z wielkim tęczowym logo, gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych. W pamięci utkwiły mi również liczne ogłoszenia w ówczesnej prasie komputerowej, które zwracały uwagę ceną podaną w dolarach amerykańskich, co jeszcze bardziej podkreślało niedostępność tych produktów w naszym kraju.

Mój pierwszy bezpośredni kontakt z komputerem Apple to jesień 1994 roku i dodatkowe lekcje języka angielskiego, na które zapisali mnie rodzice. Nowy nauczyciel w mojej podstawówce, wychowany w USA Syryjczyk z rodziny dyplomatów, który do dziś nie wiem, jakim cudem znalazł się w naszej zaściankowej Polsce początkowej fazy zmian ustrojowych, zawsze miał ze sobą na biurku PowerBooka, na którym w przerwach dawał nam trochę pograć. By w pełni zrozumieć obraz tej sytuacji, należy cofnąć się te trzydzieści parę lat do czasów, gdy wielu z nas miało w domu co najwyżej Pegasusa, Commodore 64, 8-bitowe Atari, ewentualnie Amigę 500. Pecety to raczej domena firm i placówek naukowych – znajdowały się w naprawdę nielicznych domach. A tu nagle przyjeżdża koleś, nie wiadomo skąd ze zgrabnym laptopem wartości pewnie rocznej pensji, którego podziwiać można było jedynie na zdjęciach w magazynach o tematyce informatycznej.

Drugie moje bliskie spotkanie z Macintoshem miało miejsce w tej samej podłódzkiej szkole podstawowej, kiedy to nauczyciel informatyki, pierwszy fanatyk Apple’a, jakiego spotkałem w swoim życiu, zdołał przekonać dyrektora, a także załatwić jakieś dofinansowanie z ministerstwa na modernizację sali komputerowej i zastąpienie wysłużonych 286 przez Power Macintoshe, chyba w jednej z ostatnich wersji przed debiutem kolorowych jabłek z procesorami G3. Niestety, nie doświadczyłem lekcji informatyki na tych cudeńkach zza Atlantyku. Do szkoły dotarły w ostatnich tygodniach przed końcem roku szkolnego, gdy byłem już w ósmej klasie. Kolejne roczniki miały z pewnością sporo niezapomnianych wrażeń związanych z tym sprzętem, choć od młodszych kolegów słyszałem też narzekania, że nie dało się odpalić popularnych wówczas pecetowych gierek.

Przez kolejne kilka lat sprzęt Apple cały czas pozostawał w sferze marzeń. Aż w 2004 roku trafiłem na Erasmusa do Francji. I był to zupełnie inny świat. O ile u nas na iPoda czy iBooka mogli pozwolić sobie nieliczni, tam urządzenia z nadgryzionym jabłkiem były czymś powszednim. Może nieco droższym niż produkty konkurencji, ale nadal w zasięgu normalnie pracującego człowieka. Na program moich studiów składały się dwa trymestry zajęć, zaś w trakcie trzeciego obowiązkowy, minimum trzymiesięczny płatny (sic!) staż w wybranej firmie. Przyzwyczajony przez pierwsze kilka miesięcy do życia za absolutne minimum, żywienia się produktami z najniższej półki w Carrefourze czy Auchanie, za pierwszą wypłatę kupiłem klasycznego iPoda z click-kółkiem, czarno-białym wyświetlaczem i dyskiem o pojemności 40 GB. Do końca studenckich praktyk zaoszczędziłem wystarczająco gotówki, by do Polski wrócić z pięknym, białym 14-calowym iBookiem G4.

To był mój pierwszy komputer z logo Apple i – co najważniejsze – pierwszy kupiony za własnoręcznie zarobione pieniądze. Od tamtego czasu nie posiadałem już żadnego PC-ta z Windowsem. Kontakt z systemem Microsoftu miałem wyłącznie w pracy, może za wyjątkiem niedawnego nabytku w postaci Lenovo Legion Go, którego traktuję jednak w kategorii konsoli do grania, aniżeli pełnoprawnego komputera. Wsiąkłem totalnie w ekosystem firmy z Cupertino i jakoś nie zamierzam się z niego wydostawać. W kolejnych latach do moich narzędzi pracy i rozrywki trafiały kolejne produkty: nowy iPod, wymieniane co kilka lat MacBooki, iPad, Apple Watch i oczywiście iPhone’y. Od czasu do czasu zdarzyło mi się sprawdzić, co ma do zaoferowania konkurencja. Windows 7 i 10 były na tyle przyzwoite, że miałem je zainstalowane jako drugi system na laptopie dzięki Boot Camp. Niestety, o „jedenastce” już nic dobrego nie jestem w stanie powiedzieć. Miałem też kilka podejść do Androida, którego używałem na drugim telefonie, jednak ani Samsung, ani Xiaomi, ani OnePlus nie były w stanie mnie do siebie przekonać na dłużej.

Utknąłem na dobre, ale nie czuję się z tym źle. Cenię sobie intuicyjność, wygodę użytkowania, nawet kosztem możliwości dopasowania sprzętu do swoich wymagań, na co zresztą i tak nie miałbym czasu. Bardzo długie wsparcie producenta też ma ogromne znaczenie i dzięki temu telefon zmieniam średnio co 4 lata, a nowego laptopa kupuję raz na 6–7 lat.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *